
ROZDZIAŁ 4
JEAN
Z początku starał się zachowywać jakiś dystans, ale po czasie swobodniej opuścił rękę na jego ramię. Poza tym… już zaczynała mu drętwieć od trzymania jej w górze. - To tutaj – zwrócił się do niego, gdy przed nimi ukazał się przystanek. Zrzucił z nich na spokojnie płaszcz, ale gdy tylko zauważył numer autobusu, który właśnie podjechał, szarpnął Marco za rękę i pociągnął za sobą. Mieli wielkie szczęście, że akurat teraz na niego trafili. Autobus ten nie jeździ zbyt często, a inne zatrzymują się albo za daleko, albo za wcześnie, przez co musieliby jeszcze iść kawał drogi w deszczu. Kiedy jako tako udało im się wcisnąć do pojazdu, stanął przed znajomym, łapiąc się jedną ręką za zwisające coś, którego nazwy nigdy nie poznał. - …Tłoczniej niż zazwyczaj – burknął pod nosem, przybliżając się niebezpiecznie blisko do Marco przez zbyt ruchliwą staruszkę, która knuła coś za plecami Jeana. Z kolejnym przystankiem zrobiło się na tyle tłoczno, że obaj musieli stykać się klatkami piersiowymi, by ustać w miejscu i się nie rozdzielić. – Najwyraźniej tego autobusu nie dotyczy przestrzeń osobista – powiedział nieco głośniej, ze specjalną dedykacją dla starszej kobiety, która nadal szperała po swojej torebce, waląc przy tym go swoimi łokciami.